Kwitnący step

Tyralierą przez pastwisko

W ostatnią niedzielę czerwca, jeszcze jako “słomiany wdowiec”, choć żona już w tym czasie frunęła samolotem MIAT-u z Berlina z powrotem do Ułan Bator, wybrałem się na samotny spacer. Przed wyjazdem do Mongolii tyle się nasłuchałem o pięknie kwitnącego stepu, że postanowiłem to samemu ocenić, podziwiać i sfotografować. Wybrałem się na peryferie stolicy, aby w razie jakichkolwiek kłopotów, choćby z samochodem, łatwo dotrzeć do miasta. Wyjechałem w kierunku wschodnim, wzdłuż linii kolejowej prowadzącej w stronę Pekinu. Kilka kilometrów za ostatnimi domostwami zjechałem z szosy w kierunku toru widząc cały czas za nim wspaniałe wzgόrza pokryte świeżą, soczystą trawą.

Zostawiłem samochód przy samotnej, ale zamieszkałej i dobrze widocznej jurcie i poszedłem przed siebie. Po kilkuset metrach okazało się, że tor kolejowy biegnie cały czas po nasypie, a u jego podstawy z obu stron postawiono niewidoczne z szosy gęste płoty z drutόw kolczastych. Mają one zapobiegać wchodzeniu na tory ludzi, ale chyba przede wszystkim pasących się swobodnie i bez dozoru zwierząt. Przejście na drugą stronę torόw okazało się niemożliwe. W odległości kilkuset metrόw wypatrzyłem jednak betonowy przepust pod nasypem. To awaryjny system do odprowadzania wody, spływającej podczas jakże sporadycznych w Mongolii – ulewnych deszczy. Podszedłem do tego niby – tunelu, który okazał się solidną betonową konstrukcją o szerokości ok. 2 metrόw i podobnej wysokości. Bez problemu przeszedłem na drugą stronę i zgodnie z postanowieniem dotarłem do wspaniale kwitnącej łąki. Zrobiłem kilka zdjęć, obserwowany dyskretnie przez stado pasących się krόw. Spacer trwał około godziny, cały czas w zasięgu wzroku miałem miasto, a telefon komórkowy wykazywał, że pozostaję w zasięgu anten. Spokόj, sielanka, relaks, poczucie pełnego zadowolenia z chwili, miejsca i czasu. Około 16.00 postanowiłem wracać. Samochόd stał dobrze widoczny, a więc wydawało się, że za pόł godziny będę w domu. Zbliżając się do “mojego” tunelu podpadło mi, że gdzieś zniknęło znajome już stado krόw. Widocznie poszły gdzieś dalej na jeszcze smaczniejszą trawkę – pomyślałem. Dochodzę bliżej i co widzę? Wszystkie krowy stoją stłoczone w moim tunelu. Stoją i się chłodzą w miłym cieniu, nie wykazując żadnej ochoty na ruch. Podszedłem, krzyczę “wio” i “a sio” i co tam jeszcze przyszło mi do głowy z moich życiowych doświadczeń – i nic! Widocznie nie rozumieją po polsku. Na przepychanie się z nimi nie miałem żadnych szans. Co robić? Samochód stoi raptem po drugiej stronie nasypu, ale jak się do niego dostać? Po dłuższej chwili zza pagórka wyłania się para Mongołόw, podchodzę do nich, próbuję tłumaczyć pilną potrzebę pokonania nasypu. Śmiejąc się pokazują, że najedzonych do syta krόw o tej porze dnia nie ma siły ruszyć, to ich codzienne wieczorne schronienie. Ale pomogli mi unieść druty kolczaste i przejść na drugą stronę torόw. Bez ich pomocy musiałbym chyba pokonać pieszo kilka kilometrów w kierunku miasta a potem jeszcze wracać po samochód. Dziękuję! Następny spacer już nie będzie samotny.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *