Podróże po drogach i bezdrożach

Bezdroża Mongolii
Bezdroża Mongolii

W ostatnim tygodniu sierpnia otrzymałem propozycję od zaprzyjaźnionego mongolskiego małżeństwa, aby wraz z nimi wybrać się do ich rodzinnego ajmaku Arkhangai. Z wyprzedzeniem uzgodniono też  spotkania z władzami w dwόch somonach i w urzędzie gubernatora w stolicy ajmaku, czyli mierząc to naszą miarą – w mieście wojewódzkim. Wyprawa miała trwać cztery dni a na moje pytanie o odległość otrzymałem odpowiedź, że to około 600 kilometrów w jedną stronę. Dodatkowym uspokojeniem była rezerwacja noclegόw w bazach turystycznych, zarόwno w drodze docelowej jak i powrotnej.

Wyruszyliśmy, zgodnie z mongolskim obyczajem – z prawie godzinnym opόźnieniem, ale przecież letnie dni są długie a nocleg i tak pewny. Pierwszych 100 kilometrόw pokonaliśmy sprawnie niezłą asfaltową szosą. Potem jednak należało z niej zjechać na drogę gruntowo-stepową. Oznakowania i inne informacje się skończyły, telefon komórkowy zamilkł. No i zaczęło się. Drogi kręte jak węże, rozchodzące się i zbiegające, krzyżujące z dziesiątkami innych, pagόrki i dolinki, wyschnięte koryta chwilowo powstających podczas ulewnych deszczy – rzek…. Jazda tylko i wyłącznie na wyczucie i według orientacji przewodnika i pilota. Jedziemy i jedziemy, godziny mijają a kilometrόw na liczniku prawie nie przybywa. W pewnym momencie prośba o zatrzymanie, nasz przewodnik wypatrzył odległą o kilkaset metrόw pojedynczą jurtę i postanowił upewnić się co do kierunku dalszej jazdy. Wrόcił po kilkudziesięciu minutach ze smutną twarzą – wracamy kilkanaście kilometrόw.

Potem znόw postoje, pytania, jazda w tempie żόłwia, pytania, postoje, gόrki i dolinki………Około godziny 19-tej dotarliśmy do pierwszego obiecanego somonu Gurvanbulag. Władze czekają, prawdopodobnie od wielu godzin, sympatyczna rozmowa, w trakcie ktόrej zadaję nieśmiało pytanie – ile jeszcze kilometrόw do bazy noclegowej? Okazuje się, że to jeszcze 120 kilometrόw! No pięknie! Jest jednak także i dobra wiadomość. Akurat w tej miejscowości rozładowują z ciężarówki sprzęt elektroniczny dla tworzonej właśnie ze środkόw Banku Światowego światłowodowej sieci  internetowej, i po rozładunku części skrzyń, karawana  ruszy dalej w tym samym kierunku co my. „Chwila” rozładunku trwała kolejną godzinę, ale potem już, mimo zmierzchu, spokojnie brniemy dalej, pokonując kolejne kilometry, wpatrzeni w czerwone światełka naszego nowego przewodnika. Do bazy docieramy głęboką nocą. Zasypiamy natychmiast.

Następnego dnia droga podobna, chociaż dodatkowo urozmaicana leżącymi, jakby właśnie tej nocy spadły z kosmosu – wielkimi głazami. Jedne mieszczące się między kołami, ale inne tak wielkie, że tylko slalom pozwala uniknąć uszkodzenia naszej terenowej Toyoty. Chwilową ulgę przynoszą odcinki piaszczyste, ktόrych tak unikamy w Europie, traktując je jako wyjątkowe nieszczęście. A potem znόw głazy, pagόrki, dolinki, koryta rzek, błotniste łąki, zarwane lub podmyte mostki. Pierwsza przeprawa przez płynącą rzeczkę dostarcza dodatkowego stresu. Druga – mniejszego, kolejne pokonujemy już bez wstępnego i rozpoznawczego zatrzymania. Jak polskie kałuże. Zatrzymując się kilkakrotnie na kilkunastominutowe postoje, aby zachwycać się dziwami przyrody, fotografować stada jakόw, wielbłądόw, orłów i sokołόw, znόw docieramy do zaplanowanego celu tuż przed pόłnocą.

Podobnie upłynęły nam kolejne dwa dni. Pomijając w pełni zrealizowany program merytoryczny, kilkaset wykonanych zdjęć i narastające marzenia o powrocie do cywilizacji w postaci ciepłej wody, atrakcją w drodze powrotnej (inną trasą) były nowe urozmaicenia terenowo-drogowe. Najbardziej męczący był odcinek około 80 kilometrów drogi teoretycznie asfaltowej. Asfalt jednak pochodził prawdopodobnie sprzed bardzo wielu lat i został tak skutecznie „wyrąbany” przez ciężarόwki, że po prostu nie dało się nim jechać. Dziury jedna przy drugiej, każda głębokości nieznanej, bo wypełnione wodą, a ich gęstość tak intensywna, że nawet trzymanie się samochodowego sufitu nic nie pomagało.

W sumie pokonaliśmy prawie 1400 kilometrów. Wrażeń na całe życie. I jeden zasadniczy wniosek – w Mongolii nie należy, nie wypada i po prostu nie ma sensu pytać o odległość określoną w kilometrach. Pytać należy o przewidywany czas przejazdu i to jeszcze biorąc pod uwagę mongolską punktualność. I zależnie od odpowiedzi odpowiednio kompletować bagaż, żywność, napoje, paliwo i psychiczne nastawienie. Jeśli jest pozytywne – wszystko można przeżyć.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *